“Potańczyć można, ale jeść trzeba!” – skwitowała ze stoickim spokojem mama na wieść o tym, że weekend 10 września spędzę na festiwalu Uliczna Sztuka Uliczne Jedzenie, organizowanym przez Ośrodek Kultury Ochoty OKO.
Słońce, muzyka i bananowe uśmiechy towarzyszyły nam przez cały ten czas. Z maminym przykazaniem w sercu i z solennym postanowieniem spożycia przepisowych pięciu posiłków dziennie ruszyliśmy do Parku Szczęśliwickiego.

Dziewczyny i chłopaki dawali z siebie wszystko na parkiecie, my z kolei pełnię mocy włożyliśmy w realizację planów zdrowego żywienia. Dotarły też do nas pogłoski z amerykańskich ośrodków naukowych, że osoby znajdujące się w pobliżu skupisk wysiłku fizycznego wykazują wzmożone zapotrzebowanie na dobre jedzenie.
W poszanowaniu zdobyczy nauki i cywilizacji wskoczyliśmy w polowanie na gotowanie! Pachniało jak diabli!

Tylko przez małą chwilę pojawił się na naszych twarzach grymas pt. “czy damy radę z tym wszystkim?”. Ba, my nie damy?!

Zaczęliśmy od warsztatów bałkańskiego grilla, gdzie królował Petar Simić. Petar pokazał, jak przygotować prawdziwie królewski zestaw tego, co po odjęciu przejrzystej,
błękitnej wody i palącego słońca pozostaje najlepszego w Bałkanach. Było obłędne cevapi (no jasne, że z baraniny, kurczaki w Serbii nie rosną!), urnebes, sałatka szopska i zapiekany bałkański ser
– przegląd klasyków w smakowitej odsłonie.

Uczciwie nakarmiona nie straciłam czujności, którą lubię poprzeć wzrokiem bazyliszka:

“Petar, a gdzie Twoja słynna baklava?!” (czytać cedząc przez zęby i ciskając gromy zza głowy). Obiecał, że następnym razem będzie:)

Po starciu z facetem, który myślał, że zapomnę o baklavie, poczułam nieprzyjemne ssanie w żołądku. Mamo! Czas coś zjeść!

Moje serce bije dla Meksyku (a konkretnie dla tego, co pachnie z meksykańskiej kuchni)!

Isabel Balderas na warsztatach tex-mex uczyła, jak przyrządzić pyszne, okraszone parmezanem i nutą chilli elote, oryginalne kukurydziane tortille z grillowanym kurczakiem i chipotle oraz rolowane tortille pszenne z owocami i cynamonem. Mrrrrau!

Kolejny przystanek to spotkanie z  Nataszą Su-Chuan i kuchnią chińską. Był kurczak z orzechami ziemnymi, który przywrócił mi wiarę w to, że arachidy, będące dotąd w pogardzie, zasługują jednak na miejsce w kuchni, a potem smażone pierożki z wołowiną, imbirem i dymką. Niech żyje smażone!

A poza tym… idzie zima! Podobnych do mnie zmarźluchów, którym jesień kojarzy się z zimą, nie zdziwi fakt, że zapowiadam tę straszną porę roku już 26 września. Reszta niech po prostu opuści to zdanie. Więc zima, więc ogrzewamy się, więc imbir, imbir, trochę cytryny i miodu – i znowu imbir! Mama byłaby ze mnie dumna.

Inessa Kim. Jak nie kochać grillowanego boczku i karkówki? Kochać! A do tego cebulka, kim chi, pieczarki, ostra papryczka, pasta ssamjang i aromatyczna pachnotka. Dla odświeżenia – rzodkiewki marynowane w occie ryżowym, sosie sezamowym i płatkach papryki gochugaru. Mówili coś o wielokulturowości kuchni Kim, ale nie słyszałam. Może z głodu, bo przecież…

…jest piętnasta, a ja wciąż nie jadłam deseru!

Doris Lopez i Marek Witkowski, picarones albo życie!

Tekst: Joanna Janowska
Zdjęcia: Izabela Zielska

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *